Białe pole. Trochę mniej przerażające od białej kartki. Niemniej jednak czarne literki pojawiają się stopniowo. W moim przypadku to sukces, na pewno niewątpliwy. Każdego czytelnik, który absolutnie przypadkiem trafił na ten blog (innej możliwości nie ma, bo raczej nie będzie on nijak promowany) szczerze uprzedzam: "Skończ czytać. Nie trać tak istotnego czasu na jakieś pierdoły". Bo to, co znajdziesz dalej, o ile cokolwiek się znajdzie będzie kwintesencją śmietnika Internetu.
No to, jak już wszystkich zniechęciłam to mogę zacząć pisać cos dla siebie. Choć mimo wszystko mam nadzieje, ze ktoś tam się ostał po drugiej stronie kabla - w końcu dlatego zaczynam pisać bloga, zamiast pamiętnika. Liczę na jakakolwiek interakcje.
Chce poukładać sobie życie, sprawiając, ze przeanalizuje i wypowiem się w ważnych aspektach. O priorytetach, o honorze, o wierze, o wyborach, kulturze masowej, manipulacji, miłości. I z pytaniem jak mam się odnaleźć w tym wszystkim? A skoro nikt z mojego otoczenia nie ma ochoty na ten temat dyskutować no to pogadam sobie do lustra. Ot co, nic w tym złego. Anonimowość zachowam, życia prywatnego poruszać nie będę. Co najwyżej przegrzebię dogłębnie swoją duszę. Swoisty ekshibicjonizm emocjonalny. Nie pierwsza i nie ostatnia tak twierdzę, ale to prawda.
I znowu nie potrafię pisać o tym o czym ważne. Raz chciałam wysłać przyjacielowi list, ot tak żeby miał niespodziankę (poza tym wrodzony sentymentalizm się odzywa). I jak to się skończyło? Napisałam trzy strony A4 wyjaśniając, dlaczego chcę do niego napisać, i gdy to zrobiłam miałam już ochotę zakończyć pisanie. Mam dziwne wrażanie, ze dzisiaj to skończy się tak samo. Gdyż czuje, ze się wyczerpałam. Znowu. Moje chęci idą w niewłaściwym kierunku, to nich się koncentruje tracąc niepotrzebnie siły i co najważniejsze motywacje.
Na myśl na chwilę obecną przychodzą mi tylko osobiste dylematy. I to nie do końca moje. Smutne to. Bo czy nie chciałabym być wielka? Coś osiągnąć? Coś zmienić? - Nie, obecnie zadawala mnie wizja odnalezienia się w społeczeństwie. A czemu, nie potrafię wykształcić żadnej wizji, która wstrząsnęłaby mną dogłębnie, która przeżarłaby mnie do szpiku kości? Czy rewolucja umarła, a punk is dead? Czy młodzi nie mają się już przeciwko czemu buntować?
Ja jestem konformistką. Zło mnie jeszcze nie dotknęło. Serio, nic naprawdę złego mnie nie spotkało. Tragedia dla mnie to tylko w teatrze i wyobrażenie o niej. Śmierć? Daleka kuzynka, która nawet nie odwiedziła moich stron. Zdrada? Mówię na to, człowieczeństwo i nie potrafię powiedzieć co jest słuszne. Seksualność? Kończy się na scenach łóżkowych w filmach. Agresja? co najwyżej grając w kosza na w-f. To wszystko to fraszki. Nie wiem jak wygląda zycie. Niby powtarzam, ze wszystko co wokół to szara masa, wiem, że sama jestem jej integralna częścią, ale co począć. Tak bezwiednie jak aprobuję tę prawdę życiową, tak szybko ja wyrzucam jakby nie mnie ona dotyczyła.
Mam w życiu po prosu za dobrze. Żyję w szklanej bańce- niczego silnego tak właściwie nie przeżywając. Zaraz mi się przypominają dwie postaci z Dziadów - Józia i Rózia, które proszą o ziarnko goryczy. Czy ja też o nie proszę? Tak. Jestem niewdzięczna? Tak. Myślę, że to naprawdę dobrze by mi zrobiło, bo jak mi powiedziała ostatnio moja mama - mam za dużo w dupie. I to proszę traktować w przenośni i dosłownie.